czwartek, 2 listopada 2017

Plany. plany, plany.. i krótka relacja ze wspaniałego Yosemite :)

Wracam wypoczęta i pełna energii, odporna na wszelkiego rodzaju marudzenia, krzyki i inne dziecięce przywary ;) Nawet moje host dzieci nie dały rady wyprowadzić mnie z równowagi (a uwierzcie, że są w tym prawdziwymi mistrzami) :D

Co się stało? Otóż spędziłam wspaniały weekend w najpiękniejszym miejscu na świecie.. bynajmniej jak na razie ;p

Park Narodowy Yosemite, jest po prostu wspaniały! Piękny, różnorodny, spokojny i pełen życia jednocześnie! Czuję się jak po miesiącu wakacji, a spędziłam tam zaledwie 2 dni :) Poznałam wspaniałych ludzi i przeżyłam prawdziwą przygodę. Udało mi się nawet upiec pianki zgodnie z rodzinną recepturą mojego przewodnika (wspaniałego i bardzo otwartego człowieka, który pokazał mi najpiękniejsze zakątki Yosemite)

Nie obyło się bez małych utrudnień - pomimo jesiennej pogody, wszystkie miejsca kempingowe były zarezerwowane. Udało mi się dostać na listę rezerwową, co oznaczało, że dokładnie o 15 powinnam wrócić na kemping i sprawdzić, czy coś się dla mnie znajdzie. Niestety pomimo wszelkich starań spóźniłam się 20 min, a co za tym idzie straciłam prawo do miejsca ;( Cała historia skończyła się jednak rewelacyjnie, przygarnęła nas (mnie i Olę) dwójka wspaniałych ludzi - nauczycielka mandaryńskiego z Tajwanu, która postanowiła rzucić wszystko i zwiedzić świat i chłopak mieszkający w wanie na szczycie góry, który również ma za sobą mnóstwo podróżniczych przygód. Tym sposobem zyskałam miejsce do spania, kompanów na wieczorną imprezkę i najlepszego przewodnika pod słońcem!

Całość kosztowałam mnie $50 plus $80 za kartę do wszystkich parków narodowych ważną przez rok

Jestem teraz szczęśliwą posiadaczką materaca dmuchanego, czapki, szalika i rękawiczek, oraz wspaniałych zimowych butów (co jest naprawdę dziwne w słonecznej Californii!)

A co do planów, podróże zawsze powodują, że chcę więcej, dalej i bardziej intensywnie! Postanowiłam, że jadę do Australii! Jeszcze nie wiem kiedy, ale z pewnością to zrobię ;)

poniedziałek, 16 października 2017

JAK MI SIĘ MIESZKA W SŁONECZNEJ CALIFORNII?

Niedługo mija trzeci miesiąc mojej kalifornijskiej przygody! Z jednej strony 3 miesiące to nie tak dużo, ale z drugiej to jedna czwarta całego au pair year :)

Czy jestem zadowolona, że tu przyjechałam?
Zdecydowanie tak! Poznałam mnóstwo ciekawych osób, nauczyłam się co to znaczy "być zdanym tylko na siebie", doceniłam Polskę i tych, których tam zostawiłam, zachwyciłam się pięknem południowej Californii, zapisałam się na siłownię i zwiedziłam mnóstwo wspaniałych miejsc!

Dopiero po trzech miesiącach zdałam sobie sprawę jak wiele chciałabym jeszcze tu zrobić i zaczynam myśleć, czy nie przedłużyć programu! A jednocześnie mam tyle nowych marzeń i planów do zrealizowania po powrocie.

Z moich najnowszych odkryć prezentuję in-and-out burgera! Jest to sieć restauracji, a właściwie fast food, który można spotkać tylko w Californii. Co ciekawe, ma w swojej ofercie tylko 3 pozycje: hamburger, chesseburger i frytki (+różne napoje), jednak wtajemniczeni mogą zamówić różnego rodzaju dodatki z sekretnego menu http://www.in-n-out.com/menu/not-so-secret-menu.aspx
Polecam!

Jeśli chodzi o poszukiwanie znajomych jestem z siebie bardzo zadowolona, każdy weekend spędzam w świetnym towarzystwie zwiedzając okoliczne atrakcje :)

Host rodzinka wciąż rewelacyjna, choć odnoszę wrażenie, że chcieliby, żebym pracowała więcej (nie ma szans, bo 45h to wystarczająco dużo jak dla mnie)

Ogólnie jestem naprawdę szczęśliwa i czuję, że się rozwijam. Życie tu jednak nie jest niczym z programu telewizyjnego i poza rewelacyjnymi weekendami, podczas tygodnia jestem zwykłym człowiekiem, który pracuje, czasami poćwiczy, a potem zmęczony kładzie się do łóżka ;)

środa, 11 października 2017

PRAWO JAZDY W CALIFORNI, tym razem za pierwszym!

Po ponad 2 miesiącach pobytu tutaj mogę się poszczycić kalifornijskim prawkiem! Jak je zdobyłam?

1. Umówienie wizyty -  można to zrobić na stronie dmv, telefonicznie lub osobiście. Widziałam ogromną kolejkę osób, które postanowiły przyjść bez wcześniejszego terminu i szczerze nie polecam (jakieś 2-3 godz czekania)

2. Egzamin pisemny

Przed przystąpieniem do egzaminu trzeba stanąć w kolejce po dokumenty (5-30 min), następnie wypełnić je i oddać (jeśli wszystko dobrze wypełnione, dostaje się numerek i czeka na swoją kolej)

Po wywołaniu numerka, pani w okienku sprawdza dokumenty (te wypełnione + potwierdzenie adresu zamieszkania) Ja miałam ze sobą DS i SSN, wszystko ostatecznie zostało zaakceptowane, ale musiałam kłócić się z kobietą dobre 10 min (Nie mogła pojąć, że DS jest wiarygodnym dokumentem, nawet bardziej niż SSN :D)

Następnie skierowali mnie do fotografa, który szybko strzelił fotkę i pokierował do pokoju egzaminacyjnego.

Weszłam do sali, pan skierował mnie do komputera (nie ma jednej godziny, niektórzy byli w trakcie pisania, inni przyszli później). W przeciwieństwie do naszego PORDu, w DMV egzamin pisze się na stojąco. Sam egzamin bardzo przypominał ten polski, pytanie, kilka odpowiedzi, trzeba zaznaczyć prawidłową i przejść do kolejnego :) jeśli nie uzyska się odpowiedniej ilości punktów, można podejść do egzaminu jeszcze 2 razy. (nie zaliczysz > dostajesz książeczkę, żeby się poduczyć> wracasz po 10 min i próbujesz jeszcze raz)

Po zaliczeniu dostaje się permint (upoważniający do prowadzenia pojazdu do czasu egzaminu praktycznego)

3. Egzamin "za kółkiem"

Tym razem trzeba mieć zaklepany termin (nie da się podejść "z ulicy"). Na forach wyczytałam, że mając polskie prawko (+międzynarodowe), nie muszę mieć ze sobą dodatkowego kierowcy. Niestety okazało się, że nie ma szans, żeby dopuścili mnie bez kogoś z kalifornijskim prawkiem i musiałam wracać do domu. Następnym razem przyjechałam już z hostem i wszystko poszło jak po maśle!
> sprawdzenie dokumentów (na egzamin trzeba przyjechać swoim samochodem)
> sprawdzenie świateł, przycisków do "odparowania" szyby, klaksonu, znaków ręką (do góry-skręcam w prawo, prosto-skręcam w lewo, w dół, zwalniam/hamuję) i hamulca ręcznego
> 15 min przejażdżka obejmująca kilka skrzyżowań ze znakami stopu i bez, ograniczenie prędkości (23-35 mil/h), cofanie przy krawężniku
> na koniec parkowanie (nie wiem, czy było elementem egzaminu, czy po prostu musiałam zaparkować, żeby egzaminatorka wysiadła)

Generalnie egzamin był bardzo łatwy i nie ma się czego bać!

4. Jak się przygotować?

Ja korzystałam z:
> książki  https://www.dmv.ca.gov/web/eng_pdf/dl600.pdf
> testów:  https://driving-tests.org/ (większość pytań się powtarzała na egzaminie, więc polecam!)
> filmików: https://www.youtube.com/watch?v=tnIYwmjk6Wk

Kosztowało mnie to $30 i zdecydowanie mniej stresu niż w Polsce :)

czwartek, 21 września 2017

ZNAJOMI, CZYLI WIELKIE POSZUKIWANIA!

Nie mam pojęcia, kiedy minął ten cały czas! Za trzy dni stuknie drugi miesiąc od mojego przyjazdu do USA! Okolica w miarę już zobaczona, stosunki z host rodzinką jasne i klarowne, podróże jeszcze w budowie :) Rodzina i przyjaciele z Polski wciąż się odzywają, ale minęło wielkie "bum!" i każdy wrócił do swojego życia, a co za tym idzie, nie spędzam całego wolnego czasu na odpisywanie na pytania "co tam u mnie" (może to i dobrze!).

No właśnie.. wolny czas! Niby jest, ale tak jakby go nie było - jednym słowem przebomblowałam ostatni miesiąc :( Codziennie mam 3 godzinną przerwę w pracy od 8:30 do 11:30, którą (wstyd się przyznać) marnuję na przeglądanie fejsa, spanie, bądź robienie innych niepotrzebnych rzeczy na kompie. Początkowo planowałam poświęcić ten czas na rozwój własnej osoby, a konkretnie bieganie/siłownie, czytanie książek, nauka angielskiego i hiszpańskiego, niestety jak to nieraz bywa z planami, nie zostały zrealizowane. 

Po pracy (około 18) zazwyczaj jestem mega padnięta i odpoczywam sobie na kanapie, po czym uwaga... idę spać xD czyli cały dzień pracuję i śpię. Ale jak większość au pair, w weekend przemieniam się z Bestii w Piękną i wyruszam na podbój świata! Nie zawsze są to wielkie podróże (bo na nie trzeba czasu, pieniędzy i planu), czasami wystarczy kawa, kino lub ognisko na plaży! Grunt, że człowiek wychodzi z domu i spędza miło czas :)

A wracając do głównego tematu - znajomi! Są niezbędni w zestawie "weekendowy releks", tylko gdzie ich szukać?

Inne au pair - najłatwiejsza droga do pozyskania znajomych, to skontaktowanie się z au pair z naszego clusteru. Faktycznie łatwe, ale nie zawsze przyjemne, bo dziewczyny bywają różne. Mi, na szczęście, udało się poznać fantastyczną au pair, mieszkającą w okolicy, która jest polką! Nie ma nic lepszego, niż pogadać sobie od czasu do czasu w ojczystym języku! Zaprzyjaźniłyśmy się też z au pair z Estonii, która okazała się rewelacyjnym kompanem! 

Amerykanie - i tutaj spotkało mnie wielkie zaskoczenie! Byłam pewna, że zaraz po przyjeździe poznam mnóstwo amerykańskich znajomych, ale okazało się, że byłam w wielkim błędzie. Amerykanie nie bardzo szukają znajomych, ponieważ już ich mają. Ludzie są tu faktycznie mili i często mnie zagadują, ale nikt nie szuka "przyjaciół" w sklepie, więc zazwyczaj na miłej pogawędce się kończy.

Internet - próbowałam założyć sobie konto na kilku aplikacjach typu badoo, ale szybko doszłam do wniosku, że ludzie szukają tam bardziej łóżkowej przygody (nie wszyscy, ale znaczna większość). Więc zrezygnowałam.

Hobby/szkoła - myślę, że to najlepsze źródło potencjalnych znajomych! Dlatego plan na przyszły tydzień to zagospodarować 3 wolne godziny na coś rozwijającego,  ciekawego, gdzie poznam nowych znajomych :)

Podsumowując moje 2 miesiące tutaj, muszę przyznać, że dla osoby, która w Polsce miała mnóstwo przyjaciół i pomysłów na spędzanie wolnego czasu, może być ciężko na początku. Wydawało mi się, że skoro zawsze mam wokół siebie ludzi, to i w stanach tak będzie. To prawda, ludzie są, ale nie ma jeszcze przyjaciół, nad relacjami trzeba pracować i wymagają one czasu. Mam nadzieję, że już wkrótce znajdę jakiegoś wystrzałowego kompana do szalonych weekendowych wypadów!

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

PIERWSZY MIESIĄC ZA MNĄ

Wydaje mi się jakbym dopiero co wsiadała do samolotu w Warszawie, a tu już zleciał miesiąc w USA! Mam nadzieję, że pozostałe 11 nie minie aż tak szybko!

Co mnie zaskoczyło, co zachwyciło a co rozczarowało?

Przede wszystkim czuję, że powinnam więcej zwiedzać! Jak na razie większość czasu poświęciłam na odkrywanie okolicy + małą wycieczkę do San Diego. Na przyszły miesiąc postanawiam co weekend zobaczyć coś nowego (mam nadzieję, że się powiedzie!)

Host rodzinka wciąż na medal, nie żałuję, że ich wybrałam :) Zaczynam wchodzić w rutynę i nie muszę wciąż o wszystko pytać (to wspaniałe uczucie po miesiącu pełnym: gdzie to jest, jak zrobić to itd). Mam też lepszy kontakt z dziećmi, chyba ostatecznie mnie zaakceptowały!

Jedzenie w Stanach wciąż uważam za fatalne, ale nie poddaję się i szukam nowych smaków :) Można powiedzieć, że przyzwyczaiłam się do ich pełnych cukru i sztuczności potraw, dzięki czemu nie głoduję.. Ale mało co da się tu określić mianem "pyszne". Hostka kupiła mi francuski chleb - smakuje jak nasz najtańszy z biedry, ale w odróżnieniu od innych tutaj, przynajmniej można nazwać go chlebem xD

Jak na razie moje jedzeniowe odkrycia to:
>bekon - nie wiem jak oni to robią, ale smakuje o niebo lepiej niż u nas
>mrożony jogurt - kocham od pierwszej łyżeczki!!

Jestem na etapie intensywnej nauki do prawka, więc co nieco o jeżdżeniu - na początku był stres, ale wydaje mi się, że jeżdżenie tutaj jest łatwiejsze niż w Polsce (choć kierowcy gorsi). Uwielbiam skręcanie w prawo na czerwonym i stopy zamiast skrzyżowań równorzędnych :)

Jeśli chodzi o ogólne odczucia, to muszę przyznać, że jestem tu szczęśliwa, zachwycają mnie widoki, pogoda i pozytywne nastawienie ludzi. Czuję, że moja przygoda właśnie się zaczęła i chcę z niej wyciągnąć jak najwięcej!

Ach.. no i jeszcze język - nie jestem mistrzem, ale dogaduję się bez problemu :) Ludzie są tu mega cierpliwi i zawsze udaje mi się załatwić to, czego potrzebuję! Do tego za każdym razem pytają skąd jestem, co u mnie i tak dalej, bardzo to miłe! Zastanawia i jednocześnie zachwyca  mnie dlaczego każdy tu każdego zagaduje? Może właśnie dlatego ludzie w Cali tyle się uśmiechają?

:)

czwartek, 24 sierpnia 2017

San Diego za $100

Jestem bardzo dumna z mojej pierwszej samodzielnej wycieczki po Stanach!
Host rodzinka wyjechała na weekend, więc miałam 3 pełne dni wolnego - żyć, nie umierać :)

Na początku troszkę się bałam, kiedy 2 koleżanki zrezygnowały ze wspólnych planów.. ale później stwierdziłam - teraz, albo nigdy! Przekalkulowałam ile oszczędności mogę poświęcić na ten cel i doszłam do wniosku, że 200-300$ będzie najzupełniej okay! Włączyłam komputer i rozpoczęłam organizowanie!

Nocleg:

Najbardziej stresowałam się noclegiem - w Europie zazwyczaj korzystam z Couchsurfingu, ale tym razem miałam jechać zupełnie sama, więc doszłam do wniosku, że to nie najlepszy pomysł. Hotele zdecydowanie za drogie, hostele troszkę mnie odstraszyły (a konkretnie opowieści jednej z moich znajomych o robactwie).. Po krótkiej chwili znalazłam na facebooku grupę polek mieszkających w okolicy, napisałam posta i ku mojemu zdziwieniu, po paru minutach dostałam zaproszenie od przemiłej G! Jestem wielką szczęściarą, że trafiłam właśnie do niej!!!

Tym właśnie sposobem znalazłam się prawie w samym centrum San Diego, w prześlicznym mieszkanku z cudownym widokiem (naprawdę cudownym!) i kolibrami odwiedzającymi poidełko na tarasie! Do tego zyskałam wspaniałą nową znajomość z osobą, z którą czuję się tak, jakbyśmy znały się od lat!

Transport:

Z miasta, w którym mieszkam odjeżdża bezpośredni pociąg, bilety w dwie strony kosztowały mnie $48, po samym San Diego poruszałam się samochodem (dzięki uprzejmości G i A, która zaproponowała, że oprowadzi mnie w sobotę)

Jedzienie:

Również tutaj dzięki uprzejmości G nie musiałam zbytnio kombinować, ponieważ udostępniła mi swoją lodówkę! Jednak podczas sobotniego zwiedzania zamówiłam sobie lunch i margaritę w meksykańskiej knajpce (San Diego ma bardzo meksykański klimat) $14, w między czasie odwiedziłam też Starbucks $5 i lokalną, przepiękną i przepyszną kawiarnię, gdzie zjadłam doskonałą bezę z lodami i innymi pysznościami $7.  W niedzielę zaprosiłam G na sushi w ramach podziękowania za wspaniały weekend, gdzie zostawiłam niecałe $30

Generalnie nie żałowałam sobie, ale gdybym chciała być super oszczędna, kupiła jedzonko w supermarkecie i przygotowała wszystkie posiłki sama. spokojnie wystarczyłoby $20-30 na cały weekend.

San Diego - co warto zobaczyć?

Nie wiem, czy udało mi się zobaczyć choć jedną czwartą tego, co jest do zobaczenia, ale opiszę tu po krótce to, co sama odwiedziłam:

Balboa Park - absolutny numer jeden, przepiękny park pełen zieleni, fontann i takiego wewnętrznego spokoju! Można tam spotkać pana, który w magiczny sposób wydobywa dźwięki ze swojego dziwnego instrumentu (nie mam pojęcia jak się on nazywa)! W parku jest też wiele muzeów, ale niestety nie miałam wystarczająco czasu, żeby je odwiedzić. Generalnie polecam!

Down Town- mnóstwo bezdomnych, miasto jak miasto, byłam bardzo zawiedziona, nic ciekawego tam nie znalazłam. Niedaleko jest też Little Italy, ulica zrobiona w włoskim, tam właśnie znalazłam fantastyczną kawiarnię z najlepszymi bezami na świecie!

Old Town - małe "miasteczko" w meksykańskim stylu. Kiedy przyszłam, wszędzie grała muzyka, bardzo kolorowo, pachniało meksykańskim jedzonkiem. Rewelacyjny klimat, polecam! w skali 1-10 daje mocne 7

Coronado - wyspa z widokiem na miasto i piękną plażą, bardzo mi się spodobała. Wszędzie domki rodem z amerykańskich filmów (takie jednopiętrowe z ogródkiem i flagą USA), brak bezdomnych, wspaniałe widoki, warto!

Wybrzeże i pomnik całującej się pary - mnóstwo tam turystów, ale naprawdę warto przejść się wzdłuż brzegu, napawać się widokiem, przycupnąć w meksykańskiej knajpce, zachwycić się pięknym, romantycznym pomnikiem i podziwiać ogromny lotniskowiec (jest on muzeum lotniczym!)

Nie zdążyłam, ale z pewnością jeszcze kiedyś odwiedzę zoo, Sea World, plażę la Jolla

Bardzo polecam na weekendowe wypady, to miasto ma jakiś taki specyficzny klimat, który trudno wytłumaczyć, ale czuje się go w każdym zakątku!

Przydatne strony
Planujesz swój wyjazd? Polecam:

https://www.couchsurfing.com  - do znalezienia noclegu/ kogoś kto Cię oprowadzi/ źródła informacji o ciekawych miejscach w danym mieście

https://www.amtrak.com/ -tutaj znalazłam bilety!



czwartek, 17 sierpnia 2017

AU PAIR KONTRA HOST RODZICE

Powoli zaczynam dogadywać się z dzieciakami :) Znajdujemy wspólny język, uczymy się o sobie coraz więcej i więcej.. generalnie widać progres! Niestety jak to z dziećmi, nie zawsze jest cukierkowo, zdarzają się burze i o jednej z takich właśnie burz chciałabym napisać..

Moja hostka pracuje w domu, dlatego podczas wakacji chce, żeby dzieciaki były jak najwięcej poza domem. W sumie jej się nie dziwie, bo jak tylko wejdą do domu, przyklejają się do tabletów, komputerów i innych elektronicznych cudów, krzyczą i stają się nieznośne..

Dlatego codziennie mamy plan, czyli jedna/dwie superfajne rzeczy i kilka takich zapchaj dziur jak basen, czy wyjście do parku. Dzieciaki na zmianę mogą wybierać co "superfajnego" chcą robić. Dzisiaj była kolej Kr, który uwielbia góry. Wybrał hiking, ku rozpaczy reszty rodzeństwa xD Na początku bardzo się cieszyłam, bo zawsze to miło spędzony czas na łonie natury (a ja jestem miłośniczką gór!) Niestety najstarsza i najmłodszy od samego poranka narzekali, całą drogę marudzili, że chcą wracać, potem kiedy jechaliśmy na kręgle rozpoczęli wojnę w samochodzie i z godziny na godzinę było coraz gorzej! Co w nich wstąpiło?! Nie mam pojęcia!

W końcu moja cierpliwość się wyczerpała i ostrzegłam, że jeszcze jeden, choćby malutki wybryk i mają karę na wszystkie elektroniczne sprzęty!

Nie trzeba było długo czekać, chłopcy pokłócili się o coś na placu zabaw. Normalnie puściłabym tą sprzeczkę mimo uszu, ale w obliczu całego dnia, stwierdziłam, że dość tego dobrego, kara i koniec.

Płaczom i tłumaczeniom nie było końca, ale jak tylko zobaczyli, że nic im to nie da, postanowili poskarżyć się rodzicom, zadzwonili do taty, potem do mamy, a na końcu zadowoleni z siebie, powiedzieli, że rodzice dziś ze mną porozmawiają. Udałam, że mnie to nie obchodzi, ale tak naprawdę byłam bliska wybuchu! Jakim prawem te dzieciaki na mnie skarżą i jakim prawem rodzice ich popierają? Przecież w ten sposób nigdy nie uda mi się ich przyzwyczaić do konsekwencji!!!

Zirytowałam się niesamowicie, ale postanowiłam, że trzeba wziąć głęboki oddech i wyjaśnić rodzicom, że nie mogą popierać dzieci w takich sprawach, a jeśli się ze mną nie zgodzą, czas rozglądać się za nową host rodziną..

Po kilku godzinach wracamy do domu, oboje rodzice czekają w kuchni (nigdy się to nie zdarza, mama zwykle jest w gabinecie, a tata pracuje do późna). Pomyślałam sobie "oho! nie ma nawet co próbować, wygląda na to, że postanowili mnie wywalić". Wzięłam kolejne 3 oddechy i wchodzę. Pytają jak  dzień, odpowiadam - nie najlepiej... i nagle: host mama podaje mi kieliszek wina, host tata przeprasza za dzieci i ich zachowanie, chwali, że w końcu pokazałam im granicę.. normalnie szok! Przyszli wcześniej, żeby pomóc mi z dziećmi podczas ciężkiego dna!

A jak opowiedziałam host tacie o moich obawach to zszokowany odpowiedział, "gdybym tak zrobił, dzieci nigdy by Cię nie słuchały" :D

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona!
+muszę na przyszłość przestać robić z igły widły ;p